Jak zostaje się kibicem Niebieskich?

Wywiad udzielony magazynowi o tematyce społeczno-kulturalnej "Arterie".

Jak zostaje się kibicem Niebieskich?

Jerzy Buzek odpowiada na to samo pytanie w Brukseli, zapytałem go jak powstają “niebieskie dzieci”, żartobliwie mówi, że “…to jest uzależnione od “pewnej aktywności”, oczywiście ta aktywność, według niego, musi mieć miejsce w Chorzowie”.
Z moich obserwacji wynika, że absolutnie nie trzeba być urodzonym w Chorzowie, ba, nawet na Śląsku. To co mnie zaskoczyło  w tym “niebieskim świecie”, to bardzo szeroka geograficznie skala zjawiska. Fan cluby niebieskich są rozsiane w bardzo wielu dziwnych lokacjach, nie tylko na Ślasku. Jest Zakopane, Toruń, oczywiście Łódź, Staszów w Świętokrzyskim, Madryt w Hiszpanii, wielu Niebieskich wyjechało do Anglii i tam zrzeszają się i tęsknią…

Na jednym z meczy spotkałem starego znajomego z mojego rocznika, który po 89 roku wszedł w politykę. Zawsze był typem intelektualisty, studiował nawet teologię, dlatego byłem zaskoczony, kiedy zobaczyłem go również na drugim, trzecim i czwartym z kolei meczu. Okazało się potem, że on od 40 lat nie opuścił ani jednego meczu. Wywiad z nim będzie również w moim filmie. I choć wydawałoby się, że jest to kibic tak różny, tak naprawdę okazuje się, że dzieli on te same emocje. Pójście na stadion jest dla kibica jak pójście żyda do synagogi czy jak pielgrzymka do Mekki dla muzułmanina.
Kto nie przejdzie przez stadion na ul. Cichej w Chorzowie, kto nie stanie pośród tej, /czasami-jak to ma miejsce na Derbach/ “40 tysięcznej armii Jozuego”, skandującej i walącej w bębny, nie zrozumie tego zjawiska !

Wśród wielu czynników podawanych jako źródła twoich problemów z realizacją tego filmu wymienia się również jego pozorną lokalność, to że w finałowej scenie stadion ma być biało-niebieski, a nie biało-czerwony. Mówi się, że gdyby twój film opowiadał o nieśląskiej drużynie, byłoby ci łatwiej go nakręcić. Czy to rzeczywiście tak jest?

Ja cały czas biegam w krótkich spodenkach, wciąż jestem małym chłopcem pełnym entuzjazmu, wyniesionego z chorzowskich podwórek. Przez pierwszy rok robiłem ten film z własnych środków, bo po prostu czułem, że jest to temat na film, kompletnie nie spodziewałem się późniejszych kłopotów. Chciałem pokazać wszystkim o co chodzi w kibicowaniu, ile wartości i emocji za nim stoi. Oglądałem angielskie filmy, ale one są niepełne – albo pokazują tylko jakiś wycinek świata kibicowskiego, jak np. chuligankę, albo są to laurki, zrealizowane z okazji rocznicy klubu. Ja nie potrafiłbym zrobić czegoś takiego. Chciałem zmierzyć się ze stereotypem kibica, zobaczyć ile jest w nim prawdy a ile zwyczajnych uprzedzeń. Przez to cały czas jestem krytykowany, zamykane są przede mną kolejne drzwi, przypięto mi łatkę promotora chuligaństwa. A przecież chuligaństwa jest wśród kibiców tyle samo co wszędzie – taki sam odsetek jak wśród policjantów, polityków, czy innych grup społecznuch… I tak na 60-tysięcznym stadionie siłą rzeczy znajdzie się grupa chuliganów. Nie próbuję nikogo przekonywać, że te kilkadziesiąt tysięcy ludzi to jakaś wyselekcjonowana grupa aniołów i świętych. Zdjęcia robiłem także w Hiszpanii, a nawet w Kazachstanie – zrozumiałem wtedy uniwersalną wartość i para-religijną specyfikę kibicowania. Dlatego uważam, że tak internacjonalnego zjawiska nie wolno spłycać tylko do mordobicia i brutalności. Wszędzie są chuligani, którzy pełnią rolę żołnierzy, ale są też ultrasi – artyści odpowiedzialni za oprawę graficzną meczu, są prezesi stowarzyszeń odpowiedzialni za pomoc socjalną potrzebującym, są matki z dziećmi i są staruszkowie. Tabun ludzi przewinął się przed moją kamerą w trakcie robienia zdjęć. Było wśród nich także trochę VIP-ów, np. prof. Jan Miodek czy ks. prof. Jerzy Szymik – wciąż oddani kibice Ruchu. W Hiszpanii, w dniu meczu od rana wszyscy piją alkohol, w drodze na stadion broczy się w butelkach, w puszkach po piwie. 98 tysięcy ludzi spływa wszystkimi ulicami, prowadzącymi do świątyni futbolu. Tłumy niosą sztandary, krzyczą, śpiewają, wyzywają się i całe miasto tym żyje. A co ciekawe, nie potrzeba do tego policji. Płotki za bramkami są na wysokości kolan – a nie jak u nas zwierzęce klatki. Plemię to żyje przede wszystkim emocjami i ich wspomnieniami, które urastają do miana legend, mitów o charakterze mocno scalającym – jak ten, kiedy po wygranym meczu z Arką Gdynia, uszczęśliwiona grupa chorzowskich i zaprzyjaźnionych łódzkich kibiców Widzewa na początku maja kąpała się w ubraniach w Bałtyku. Igrzyska sportowe od zawsze były związane z wielkimi emocjami, a w związku z tym także z agresją. To wszystko zakręca się wokół takiego chorego, patologicznego trójkąta: kibic-policja-medialny wizerunek. Według mnie świat kibiców jest obecnie gorzej nawet postrzegany niż świat recydywistów czy więźniów.

A może jest tak, że społeczność wypycha kibiców, ponieważ widzi w nich zagrożenie dla własnego status quo? Środowisko kibicowskie jest bowiem alternatywą –  świetnie zorganizowaną i dobrze funkcjonującą grupą społeczną jak gdyby poza oficjalnym systemem.

Robiłem ostatnio film o gościach, którzy wychodzą na wolność po kilkunastu a nawet kilkudziesięciu latach odsiadki. Okazuje się, że społeczeństwo lepiej przyjmuje morderców, zboczeńców i złodziei niż kibiców. Są fundacje, europejskie środki, rządowe programy wspierające takich ludzi w powrocie do społeczeństwa. Tymczasem kibice są cały czas wypychani poza nawias społeczeństwa – przypina im się łatkę bandytów i zwyrodnialców, są kozłem ofiarnym społeczności. Być może właśnie dlatego są tak dobrze zorganizowaną wspólnotą w obrębie której, paradoksalnie, znaleźć można przekrój społeczny całej Polski.  

Jaka jest w takim razie rola samej piłki nożnej w formowaniu społeczności kibicowskiej?

Oczywiście kibice rozmawiają o klubie, o piłkarzach; żyją wydarzeniami – nie jest tak, że w ogóle nie ma tego w ich życiu, choć na pewno nie jest to głównym sensem ich kibicowania. Oni jednoczą się w imię czegoś – w tym przypadku barwy klubowe pełnią funkcję totemiczną – oznaczają mistyczne więzi między ludźmi, a wtórnie także – stosunki społeczne. Po pewnym czasie bycia w tej wspólnocie przestaje być ważnym ile razy piłka, wpadła do którejś z bramek. Partycypacja w wydarzeniu sportowym jest obrzędem a przybieranie barw klubowych pewną formą magicznego maskowania się. A ja na pewno nie chcę robić filmu o zrywaniu tej maski, pragnę jedynie żeby ludzie dostrzegli ten mistyczny aspekt tego co się dzieje w ich miastach, na klubowych boiskach. Każdy z moich bohaterów jest bardzo specyficzny, jest indywidualnością – ja dotąd nie wiem, czy oni za tą maską szukają własnej tożsamości, czy wręcz przeciwnie – próbują ją zatracić. To bardzo skomplikowane zjawisko.

Jak społeczność kibicowska reguluje swoje funkcjonowanie między poszczególnymi grupami?

Funkcjonują kodeksy honorowe, w dużym stopniu ustalone prawem pewnej tradycji – wszyscy wiedzą, że coś wolno robić, a czegoś innego już nie. Jest też pakt, podpisany przez wszystkie Śląskie grup kibiców, zakazujący używania w walce sprzętu (czyli noży, tasaków, siekier, kijów baseballowych i innych rodzajów broni), zezwalający jedynie na używanie gołych pięści. Jednak zdarza się, że reguły są łamane. Wtedy staje się to ciekawym kąskiem dla mediów i pożywką dla łaknącego agresji „normalnego” społeczeństwa. Być może gdyby media nie rozbudzały takich pożądań, nie doprowadzały do eskalacji konfliktów między poszczególnymi drużynami, wypadków śmiertelnych zdarzałoby się mniej. Niestety, lud cały czas pragnie krwawych igrzysk, za które moralną odpowiedzialność ponoszą w tym przypadku same ofiary. Kiedy dmie się w ogień, on pali się coraz mocniejszym płomieniem.

W filmie mają znaleźć się również sceny nierealistyczne, transcendentne wręcz – jak wejście kibica do nieba.

Frontal - jeden z głównych bohaterów mojego filmu, którego niestety kilka miesięcy temu mi zamknięto, ma zagrać w tej scenie. Nie udało nam się zrealizować jej jesienią, teraz muszę czekać na jego wyjście. Pytałem go wtedy: „Frontal, ty mi nie zwiejesz? Mamy jeszcze scenę do zrobienia”.
 Bo natura tych chłopaków jest taka, że oni się pojawiają, pogadają, coś zaczną robić, a potem znikają, nie chcą już rozmawiać. Do masy z nich nie sposób mi trafić, ale uzbierała się grupka chętnych, gotowych wystąpić w filmie, na których właściwie mogę liczyć cały czas. Nawet ten wielki, wytatuowany Frontal nieraz mnie pytał: „Co takiego w tobie jest, że jak dzwonisz to ja zaraz robię to co chcesz? Przecież mi nikt nie może rozkazywać – ani matka, ani żona. A ty zadzwonisz i ja lecę”. On zwykle leży na kanapie jak lew, kobieta przynosi mu jedzenie czy kawę a on tak leży. Jedyną rzeczą jaka wywołuje jego entuzjazm i ożywienie jest pójście na siłownię, „przypakowanie” a następnie pójście na mecz czy pojechanie na wyjazd. A ja mu mówię: „Choć Frontal, pojedziemy gdzieś za miasto spalimy jakieś flagi, pomażemy mury i to nagramy” i on ubiera się i jedzie ze mną. I w tej finałowej scenie właśnie Frontal przychodzi do nieba. W Chorzowie jest ulica św. Pawła, przy której znajduje się taka wielka, mroczna czarna brama z przełomu XIX i XX wieku. Pod koniec filmu Frontal ma stanąć u tej bramy przy której stoi święty Piotr, pilnujący wejścia do nieba, którego rolę gra taki największy kibic Ruchu – olbrzym, niebieskie monstrum, które patrząc na Frontala z góry pyta: „A gdzie ty tu Frontal, do nieba się pchasz. Myślisz, że tu dla Ciebie jest miejsce?”  No ale nie mogę zdradzać sceny finałowej, bo nikt nie przyjdzie do kina!

Ale żeby zrealizować tę scenę Frontal musi wyjść z więzienia. Zanim przekroczy bramę niebios, musi przejść tę tak najbardziej doczesną – bramę więzienną.

Oby stało się to jak najszybciej.
Dziękuję za rozmowę.